fbpx

ALICJA DUCHIEWICZ

SENSUAL PHOTOGRAPHER

Dzień dobry!

Znowu opuściłam się w publikacjach na blogu. Wszystko przez wiadome spustoszenie koronawirusowe – nadrabiam w pocie czoła wszystkie zaległe sesje zdjęciowe. Wykorzystuję czas najlepiej jak umiem, a czas płynie nieubłaganie. Dziś na tapecie sesja fotograficzna Mileny. Jest ona dla mnie wyjątkowa pod wieloma względami. W zeszłym roku, około sierpnia, miałam serię niefortunnych zdarzeń – jedna pechowa sytuacja za drugą, nie mogłam się od tego uwolnić. Zaczęło się od plajty serwisu, na którym kupiłam hotel na Majorce – wiecie, człowiek odkłada cały rok na wymarzone wakacje, kupuje hotel, przebiera nóżkami w oczekiwaniu na najlepsze, a tu… mail o plajcie. Kilka tysięcy jak kamień w wodę. Stres poziom 100. Niedługo potem, podczas rutynowych badań usg (dziewczyny badajcie piersi!) okazało się, że w piersiach mam 3 guzy, w tarczycy 4… radiolożka z przerażeniem mówiła mi, że szybko muszę się udać na biopsję. To wszystko w czasie, w którym odstawiałam leki na nerwicę, które radośnie płynęły w mojej krwi ostatnie 6,5 roku! Kłębek nerwów, dramatu i błagania wszechświata, żeby to nie na mnie padło w kwestii nowotworu.

Jednak, co dalej?

Prywatne problemy to jedno, ale pracować trzeba było nadal. Nie zostawię przecież moich ukochanych Muz, które czasem miesiącami czekają na termin. Tu w całej historii pojawia się Milena. Na co dzień mieszkająca w Niemczech, w konkretnym terminie miała być w Polsce. Rutyna przed wyjazdem zawsze taka sama – pobudka, prysznic, malowanie się, pakowanie, kawa do termosu i desant na pociąg. Czas wyliczony odpowiednio, by mieć zapas. W zasadzie niewiele może się stać na odcinku 15 km, więc zapas kilkudziesięciominutowy może wydawać się przesadą. Jednak i ten zapas nie wystarczył – spóźniłam się na pociąg. Odjechał w momencie, w którym wbiegałam na peron. Ciężko mi opisać żal, który poczułam. Złość na wszechświat… Jednak trzeba było zmierzyć się z większym bólem – powiedzieć Muzie, że sesja się nie odbędzie. Z duszą na ramieniu wykręciłam numer…

Milena okazała mi wiele zrozumienia. Powiedziała, że spokojnie możemy przełożyć sesję zdjęciową na inny dzień. Kamień spadł mi z serca. Tyle ciepła w głosie! Zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze. To był jeden z tych niezapomnianych momentów, w których uświadamiasz sobie, że trafiasz na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Moje Muzy są wyjątkowe na zupełnie innym levelu niż jacykolwiek klienci w innych branżach. Ciężko mi to opisać w zasadzie… W każdym razie już wtedy wiedziałam, że sesja będzie się odbywała w świetnej atmosferze.

Dzień sesji fotograficznej

Finalny termin udało się ustalić na styczeń. Nowy rok, nowa ja, jak to się mówi, prawda? Byłam chwilę po otrzymaniu wyników biopsji guzów – jestem rakowo czysta, nie ma powodów do lęku, przynajmniej na 6 mc, do następnej kontroli. Odetchnęłam z ulgą… Miejsce zaplanowałyśmy na Warszawę, w Summer Studio. Milena przyszła na sesję zdjęciową z uśmiechem na ustach. Jej twarz (i ciało też!) jest piękna, więc od razu zapadła mi w pamięć. Szybko przeszłyśmy do rzeczy – najpierw Magda Jurczyszyn zajęła się makijażem i fryzurą, potem zdjęcia. 3 godziny minęły bardzo szybko, aż za szybko! Był to dobry czas. Milena pozowała z gracją i słuchała wszystkich wskazówek. Piękne spojrzenie i uśmiech, który kruszy lód. Żyć, nie umierać! :) Mam ogromną nadzieję, że po pandemii, jak świat wróci do normy, jeszcze się z moją pięknością spotkamy. Trzymajcie kciuki!


Dość tego pisania, pora obejrzeć zdjęcia. Napiszcie koniecznie co sądzicie! :)

Muza: Milena
Makijaż & fryzura: Magdalena Jurczyszyn // Makra Make Up
Fotografka: Alicja Duchiewicz-Potocka

Ahoy,
Alicja

Udostępnij wpis:

Inne wpisy

Dodaj komentarz